piątek, 28 sierpnia 2009

Przepraszamy za Wazów, czyli ciąg dalszy zawirowań na linii Warszawa -Moskwa

Kłótnie o polityczną poprawność, a przede wszystkim historyczną zdają się nie mieć końca. A szczególnie natężają się, gdy coraz bliżej jest już do siedemdziesiątej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Okrągła, ładna liczba musi być wszak uhonorowana osobistością najbardziej ‘pożądaną’ w tym dniu na gdańskim wybrzeżu. Czy aby premier Putin nie pomylił się w liczeniu?
Jego kolej przypada na 17 września, a nie na pierwszy dzień miesiąca. Chyba nikt za bardzo nie dostrzega faktu, że Putin, chcąc światowym być, musi się pojawić na takim doniosłym wydarzeniu, ale w jak najwygodniejszym terminie dla rosyjskiej reputacji, zresztą tak bardzo poobijanej w mediach Przywiślańskiego Kraju. Najłatwiej przecież zgonić całą winę na Niemców i umyć ręce. No tak, to w sumie nasi zachodni sąsiedzi rozpętali piekło i tego się Rosjanie chcą trzymać. A czy przypadkiem nie zapomniało im się o pakcie Ribbentrop – Mołotow z dnia 23 sierpnia? Niedawno wspominaliśmy podpisanie tego dokumentu, na co Moskwa jak zwykle ostro zareagowała. Może nie o sam fakt debaty na temat tej umowy, co nazwania tegoż paktu ‘zbrodniczym porozumieniem agresji na Polskę’. Moskwę boli, że nie utrzymali w tajemnicy kilku istotnych punktów, mianowicie, jak to się określa potocznie, kolejnego rozbioru Polski przy pomocy Niemiec. Może w imię poprawności politycznej powinniśmy nazywać wojnę ‘niezbyt humanitarnym wyjściem’, a nie tragedią ludzkości, co pewnie proponowaliby zwolennicy nazwy ‘paktu o nieagresji’. Ribbentrop uśmiechnąłby się do nas zapewne z norymberskiej szubienicy.
Dobrze więc, powiedzieli Rosjanie, nie da się ukryć faktu podpisania paktu, ale można wziąć Polaków na inny sposób. Mianowicie dnia 22 sierpnia rosyjska państwowa telewizja informacyjna Wiesti wydała na światło dzienne film dokumentalny ‘Sekrety tajnych dokumentów’, gdzie główną rolę grali Polacy układający się przeciwko ZSRR z.. Niemcami! To właśnie przymierze, jak mówi autor filmu Wadim Gasanow, przyczyniło się do podpisania dokumentu z 23 sierpnia 1939 r. To znaczy, że Polska jako pierwsza podpisała pakt o nieagresji z Rzeszą, co stawiałoby ZSRR w kolejce za naszym krajem. Przecież, jak mówi Gasanow o pakcie Ribbentrop - Mołotow, takie układy były częścią polityki tamtych czasów. Oczywiście nie wspomniano o umowie, którą zawarły Polska i ZSRR w 1932 r., bo niby po co mówić, że nasz kraj respektował ten pakt aż do sowieckiego najazdu 17 września. Jak szkalować to na całego. Mało tego, według autora Polska prowadziła rozmowy w sprawie walki z komunizmem od jesieni 1933 r., a 26 stycznia 1934 r. ambasador Polski w Berlinie J. Lipski i Konstantin von Neurath, szef MSZ, podpisali deklarację o niestosowaniu przemocy. W Europie podobno aż wrzało od działań militarnych polsko – niemieckich przeciwko ZSRR. Podobno też w kwietniu 1935 r. gazety ‘Prawda’ i ‘Izwiestja’ opublikowały ‘tekst tajnego protokołu polsko – niemieckiego’, tj. w roku, w którym rzekomo polskie i niemieckie służby specjalne również doszły do porozumienia. Najciekawsze jest stwierdzenie, że najazd na Polskę został przeprowadzony jako skutek złamania paktu Ribbentrop – Mołotow /wejścia Niemców do Lwowa/. Jak zwykle chcieli nas wschodni bracia ratować. Odważne wojaki.
Po prostu ręce i nogi opadają tym bardziej, że Rosjanie nie mają jak tych swoich opowieści udowodnić z powodu braku dokumentów. W przeciwieństwie do nas. My takie dokumenty posiadamy, o których wielu nie wie. Jak to określił historyk IPN dr Bogdan Musiał, jest to kolejna ‘rosyjska propaganda w starym sowieckim stylu’. Historyk jest w posiadaniu dokumentów, które potwierdzałyby słuszność stanowiska Polski wobec polityki zagranicznej z sąsiadami. Według Stalina nie było żadnego porozumienia Polaków i Niemców, czego dowodem miały być poprawki wprowadzone przez przywódcę w ‘memorandum Tuchaczewskiego’ z 1935 r. Panie Tuchaczewski, pan nie przesadza i skreśli te głupoty, bo co za dużo to nie zdrowo. Polacy jak Polacy, ale prędzej z diabłem by się dogadali niż z Germanami. Prawda, panie Stalin?
Tymczasem na arenę szlachetnej nauki, jaką jest historia /i dyplomacja??/ wyszła butnie kolejna rosyjska pseudohistoryczka /de facto publikująca od lat 70-tych/ ze swoimi rewelacjami, prof. Natalia Narocznicka. Warto podkreślić, że należy ona do utworzonej przez Miedwiediewa komisji ds. przeciwdziałania próbom fałszowania historii /!!!/. Zarzuca Polakom głodzenie 100 tys. żołnierzy Armii Czerwonej wziętych do niewoli w 1920 r. na terenach okupowanych przez piłsudczyków, a winą za Katyń obarcza tradycyjnie Niemców. Biedne te Germany, zaczyna mi się ich robić szkoda. Żeby jednak nie było, że jestem jakimś germanofilem, ale trzeba oddać Niemcom sprawiedliwość, iż oni już rozliczyli się ze swoją przeszłością /nie licząc jakiś marginalnych przypadków neonazistów – niedobitków/ i nikt z miłościwie panujących w kraju nad Łabą nie nawiąże niczego do niejakiego Adolfa H.; w przeciwieństwie do Rosjan, gdzie chętnie jest Stalin cytowany i wspominany – jego grób nadal jest na honorowym miejscu. Nie licząc Lenina, który zaczyna gnić w gablocie i pewnie dlatego jeszcze Rosja postkomuną trąci.. Przynajmniej tak twierdzi prof. Szaniawski i trudno mu nie przyznać racji.
Narocznicka również kwestionuje 1 sierpnia jako datę rozpoczęcia II wojny. Konsekwentnie widać powtarza za Gasanowem te same, wypracowane od lat brednie. Ale najciekawszy smaczek zostawiłam na koniec. Mianowicie pani ‘historyk’ każe przeprosić Rosję za działania Polaków w 1612 r. dodając, że Borys Jelcyn już za Katyń przeprosił. Oczywiście miała na myśli to, iż Jelcyn tak zrobił, by dano Rosji spokój, ale potwierdziła, że były to zbrodnie NKWD. Cóż za szczodrość. Zestawienie obecnie ciągnącego się problemu polskich pomordowanych oficerów z problemem dalekich dymitriad jest niepoważne. Tak jak mówił w swoim programie Gasanow, że pakt Ribbentrop – Mołotow był częścią normalnej i popularnej polityki międzywojennej, tak mogę stwierdzić, że wiek XVII był dla krajów jedną wielką polityką ekspansji – Polska naturalnie miała w tym udział, a że akurat w Moskwie.. Cóż, Szwecja też miała po drodze i do Warszawy wdepnęła. Każdy wiek rządzi się odrębnymi prawami? Trąci tu troszkę relatywizmem, ale zestawiać te dwa wydarzenia do siebie niepodobna. Może trzeba jeszcze przeprosić, że w 1573 r. na króla nie obraliśmy Iwana Groźnego?
Dziwne to zachowanie, gdzie Narocznicka każe przepraszać za to, że osłabialiśmy pozycję CARSKIEJ Rosji i pozycji CARA, którą to funkcję bestialsko usunęli bolszewicy w 1917 r. Ale jak można układać się z krajem, który z własną historią ma problemy? Całkiem niedawno zaczęto mówić o mordzie na Romanowach, bo wcześniej nie można było nawet o tym wspomnieć; raczej dokumenty nadal są utajnione chociaż kości odnaleziono gdzieś w lesie potraktowane niegdyś wapnem.
Tak więc wizyta premiero - prezydenta Putina może wyjść na plus tylko wtedy, kiedy Polska ostatecznie przedstawi swoją rację. Będzie to też okazja do wspomnienia o archiwach polskich, które skradzione przez bolszewików, nadal grzeją miejsce w Rosji /nie mówiąc już o innych dobrach kultury/. Miejmy nadzieję, że przedstawiciele władzy polskiej będą otwarcie mówić o wydarzeniach i nazywać rzeczy po imieniu. W innym wypadku historia stanie się panną lekkich obyczajów na usługach Moskwy, panicznie broniącej swojego stanowiska. Może najlepszą bronią jest śmiech?

niedziela, 23 sierpnia 2009

Miłosierdzie gminy i ateistyczne bagno, czyli dwie smutne sprawy.

Niektórzy mówią, że potrafię tylko narzekać. Że krytykuję wszystko, co chodzi i pełza po ziemi, że zarzucam ludziom brak wiedzy, że potrafię się tylko kłócić, że belki w swym oku nie dostrzegam, że.. i tu mogłabym mnożyć przykłady. Faktycznie, czasami tak jest, czasami grzeszę pychą i trudno u mnie znaleźć trochę pokory. Ale trudno mi jest utrzymać język za zębami, kiedy w niektórych przypadkach rzeczywiście aż prosi się nie tylko o mocne argumenty, ale także o mocnego kopniaka.
Ostatnio posłyszałam pewną smutną historię, która jest jednak niebezpiecznie często obecna w społeczeństwach, ale nie jest zbytnio eksponowana. Wszak to wstydliwa część wszystkich spraw naszych rodzin. Lub przynajmniej większości rodzin, a na pewno tej omawianej. Machiavelli pisał, że człowiek prędzej zapomni o śmierci najbliższej osoby, niż o przegranej bitwie o spadek. Tak, o spadku będzie właśnie mowa i o rzeczy z niego wynikającej, mianowicie miłosierdziu człowieka, a do tego przemknie gdzieś w oddali wątek patriotyczny połączony z druga sprawą, nieciekawą zresztą. Dzisiaj pewna rocznica.
Niedaleko mnie mieszkała pewna starsza pani. W czasie wojny i troszkę później należała do AK, miała małą emeryturę /tak państwo wyzwolone dba o swoich bohaterów../, małe mieszkanko. Przez jakiś czas myślałam, że nie ma żadnej rodziny, gdyż nikt do niej nie zaglądał. Oczywiście się myliłam, rodzinka od czasu do czasu wpadała. To dobrze, że nie była sama. Ale ostatnio starsza pani umarła i dopiero wtedy wyszły na światło dzienne wszystkie sprawki. Mianowicie jeszcze za życia rodzeństwo kłóciło się o mieszkanie, o spadek. Mało tego, starsza osoba czuła potrzebę, by z tej niewielkiej emeryturki płacić na zachcianki swoich niewdzięcznych dzieci, które później nie chciały płacić na jej lekarstwa i potrzeby. Już rok minął od jej śmierci, a na jej płycie nagrobnej nadal nie pojawił się napis, a wbita jest tylko standardowa bezpłatna tabliczka z zamazującym się nazwiskiem i Ave Maria. Nie mają pieniędzy? Mają, ale na sprawy sądowe o mieszkanie. Taka to właśnie jest miłość i miłosierdzie gminy. Najchętniej to rodzeństwo najszybciej by wysłało matkę na drugi świat, by zagarnąć łupy. Nie chcę tego komentować, niech każdy sam rozważy, co chciałam skrytykować, Na Boga, przecież jesteśmy ludźmi, nie zwierzętami! A jak często okazuje się, że jesteśmy TYLKO ludźmi.
Druga smutna sprawa, o której usłyszałam w Kościele /wszak dzisiaj Dzień Pański, a każdy uczciwy katolik, etc./. Czarę goryczy przepełnił fakt, że stało się to w dzień, w którym obchodzimy kolejną rocznicę tragicznego dla Polski paktu Ribbentrop – Mołotow /1939 r./ - preludium do drugiej wojny światowej. Nie muszę przypominać chyba, że był to zbrodniczy pakt ZSRR i Rzeszy omawiający szczegóły napaści na Polskę. Z początku miał być tajny i na tym zależało przedstawicielom obu państw, ale już dwa dni po podpisaniu paktu wiedziały o wszystkim W. Brytania i Francja – nasi kochani sojusznicy. Ale nie o tym chciałam pisać, lecz o wydarzeniu, jakie w tę rocznicę miało miejsce na Radogoszczu. Przed rozesłaniem na Mszy Św. Proboszcz tutejszej parafii nie miał za wesołej miny i czuło się w powietrzu napięcie jak nigdy. Czy sprawa była poważna? Dla nas, katolików, owszem. Razem z ogłoszeniami zakomunikował nam smutno, że w nocy z soboty na niedzielę został zniszczony wielki drewniany krzyż stojący przy torach. Z tego, co słyszałam od przejętych parafian, krzyż został tam postawiony w 1911 r., a zajmowali się nim ludzie mieszkający w pobliskich domkach. Wracając do domu zaczęłam myśleć o całej sprawie i doszłam do przygnębiającej prawdy. Krzyż, który stał tam tak długo, przetrwał dziejowe zawirowania naszej Ojczyzny. Przetrwał zaborców, przetrwał stację Radegast /zainteresowanych odsyłam do historii miasta Łodzi/, dwie wojny światowe, Niemców, bolszewików i komunę.. Nikt go stamtąd nie ważył się wziąć! A teraz obywatele wolnego państwa sami wzięli się za niedokończoną robotę czerwonych psów i sprofanowali krzyż. Kiedy czerwony beton ateistyczny bierze sprawy w swoje ręce to zawsze musi wszystko runąć. Krzyż jest tym przykrym przykładem.
Pytanie na koniec: dokąd chcecie zajść bez Boga?

sobota, 30 maja 2009

Skończyło się, skończyło..!

Siedzę sobie właśnie przed komputerem i patrzę przez okno na zieleniące się drzewa.. w tle leci Enya i utwór "The Celts". Obok klawiatury stoi gorąca czekolada czekająca aż ktoś się nią zajmie. Jest prawie początek czerwca, a pogoda w mieście iście brytyjska. Trochę deszczu, słońca, wiatru z północnego zachodu, który rozkazuje liściom tańczyć do swej muzyki.. Patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć. Jeszcze niedawno całe moje życie pochłaniała szkoła. Normalnie o tej porze siedziałabym z książeczką od historii i pilnie czytałabym zamazujące się ze zmęczenia literki, wyglądałabym przez okno nie mogąc doczekać się wakacji.
Tak, sobotnie wieczory zawsze poświęcałam tej wtorkowej historii. Musiałam tego jedynego dnia wziąć szkolny podręcznik i próbować zapamiętać te wszystkie daty i wydarzenia, a do tego pilnować, by szkolna nowożytność nie mieszała mi się z moim ukochanym średniowieczem. A w niedzielę zawsze chciałam, by była sobota. Jeszcze trochę więcej czasu, nie zdążę..! A jednak. Pamięć.
Lubiłam to wszystko.. Czytanie na matematyce książek pod ławką - a siedziałam w pierwszej, obijanie się na polskim /krzyżówki, sudoku, statki, cokolwiek/, unikanie bloków z języka angielskiego.. A teraz? W poniedziałki nadal budzę się o 6 rano, nadal nie mogę się przyzwyczaić do życia bez szkoły. Chociaż pod koniec, muszę przyznać, strasznie mnie szkoła denerwowała. Miałam dosyć tego stresu przed wystawianiem ocen, tych dziwnych ludzi z klasy równoległej /wrzuć monetę, kartę kredytową, etc./, przepełnionych korytarzy.. Ten ostatni punkt był dla mnie najbardziej nieznośny. Jak przyszłam do tej szkoły to atmosfera była znacznie przyjemniejsza. Mało osób, a w szczególności tych denerwujących gimnazjalistów, którzy biegali po wszystkich piętrach rzucając się na wszystkie strony, którzy tłoczyli się w barze na każdej przerwie ustawiając kolejki rodem z PRL-u. Czułam, że dłużej tego nie zniosę! Kulminacją mojej frustracji był dzień, w którym przy koleżance z klasy popłakałam się ze złości, gdy dzieciaki ogołociły szkolny bufet ze wszystkiego, co da się zjeść. Płaczę w szkole? Znaczy, że zakończenie roku blisko. Dzień rozdania świadectw nadszedł szybko, matury minęły. I skończyło się..!
Kiedyś ktoś mówił, by szukać, obserwować znaki czasu. Owszem, prawda to najszczersza i rada najlepsza. Kiedy wracałam z ostatniego egzaminu maturalnego do domu, spostrzegłam coś dziwnego, a zarazem dziwnie mnie w sercu niepokojącego. Jacyś barbarzyńcy ścinali wielkie drzewo /orzech/, które rosło przy mojej klatce schodowej odkąd tutaj mieszkam. A mieszkam tutaj dwanaście lat; orzech był tutaj znacznie dłużej. Dwanaście lat codziennie przechodziłam pod tym drzewem. Gdy byłam młodsza zawsze na nie wchodziłam i z koleżanką wymieniałam się tajnymi wiadomościami, które zostawiałyśmy sobie wzajemnie w koronie drzewa. Kiedy wychodziłam na balkon mój wzrok zawsze kierował się na wielkie drzewo. Czasami byłam zła, że nic przez wielkie liście nie widzę z góry, ale gdy sobie siedziałam wieczorami na balkonie, słuchałam szumu liści, które poruszał wiatr, przymykałam oczy i przenosiłam się gdzieś daleko stąd. Do zielonej, posępnej, ukochanej Szkocji, do jakiejś krainy fantastycznej.. wyobraźnię mam wcale bujną. A drzewo sobie szumiało, może rozmawiało z innymi drzewami, wiatr niósł wiadomości, a ja słuchałam. Również ptaki w koronie drzewa miały coś do powiedzenia - zawsze budziły mnie rano, kiedy były wiosna i lato. Teraz jest pustka, goły, bezduszny kawałek betonu.
Okazało się, że drzewo zostało ścięte, by nie przeszkadzało w położeniu nowego chodnika. Bo przeszkadzało.. Kiedy gałęzie uderzyły o chodnik pomyślałam, że osiemnaście lat nagle stało się przeszłością, a ja patrzę niepewnie w przyszłość i boję się. Nie wiem dokładnie czego, ale to dziwny lęk, który nie daje mi spokoju. Dziwne sprzeczności mną targają i robią sobie z mojej duszy pole do okrutnej zabawy. Wiara walczy z rozumem, a to, co pewni ludzie zaszczepili w moim sercu, już nigdy nie zostanie wykorzenione. Czas jest bezlitosny, boleśnie uczy doświadczenia i płynie sobie dalej, zostawiając nieszczęśnika na polu bitwy.
O czym szumią drzewa? Skończyło się, skończyło..! Trzeba dalej żyć nawet jeśli się nie ma ochoty. To przecież nasz święty obowiązek, by nie dać się Ciemności, choć Ta roztacza swe kręgi po całej Europie. Zawsze jest jakaś Nadzieja, Ona umiera ostatnia - to powiedział mi przyjaciel w pewnej "świątyni Rozumu" w Warszawie; walczę ze sobą, by tam nie wrócić. A przecież walka wewnętrzna jest najgorsza - niszczy charakter i pozostawia w ciemności, w samotności, bez pomocy. Nadzieja matką głupich..?

sobota, 13 grudnia 2008

O tempora, o mores, czyli słówko z myślą o okresie przedświątecznym i całym tym zamieszaniu, które z mentalości współczesnych ludzi wynikło napisane


Tym barokowym, jakże radosnym tytułem rozpoczynam kolejny wywód, tym razem prześmiewczo - uszczypliwo - cyniczno - złośliwy. A że zbliżają się święta, należy podzielić się z bliźnimi wszystkim co się ma /ostatnią perę butów już mi zabrali - sic!/, również dywagacjami, także tymi kazuistycznymi.
Pewnego razu wracałam sobie późno ze szkoły do domu. Późno, bo na następny dzień nie miałam historii. Wtajemniczeni domyślają się kiedy, zaprzysiężeni - skąd. Tak się przypadkiem zdarzyło, że natura mojego ogranizmu dała o sobie znać - na bezdrożach 'procentowej' Sahary ukazała mi się woda mineralna; toż to tylko naturalna kolej rzeczy, nic wielkiego! Kieszenie opróżnione, plecak świeci pustkami.. wyszperałam w końcu półtora złocisza z kurtki. Do Francuza /czyt. 'żabki'/ za drogo, do sklepiku sąsiada za daleko. Pozostał mi tylko hipermarket. Blisko, tanio, szybko, bo dużo kas. Poza tym o tej porze powinno być mało ludzi. Ale nie było.
Kiedy weszłam do sklepu, właściwie na Aula Magna, moim oczom ukazały się dantejskie sceny. Dosłownie. Taką ilość ludzi przy kasach widziałam do tej pory tylko przy kasach biletowych przed koncertem Depeche Mode w 2006 r. Wszystkie koszyki zabrane, wózki także /poszedł nawet ten bez jednego kółka/, a cały Lud Obkupiony podąża zgodnie, jak na ogłoszenie Uniwersału Połanieckiego, w jedną stronę. Do kos, bracia kosynierzy! Oj, przepraszam.. do kas! A więc przedzieram się przez dżunglę zakupów, stoisk i porozrzucanych, rozszarpanych przez dziki tłum plakatów z napisem 'sale' do celu, powoli, cierpliwie, znosząc razy zadane przez wroga choinkami wystającymi z wózków, jeszcze wkładając rękę /trzeba się czegoś chwycić/ do koszyka z potłuczonymi bombkami.. Istna bitwa pod Lützen. Panie Wallenstein, jam jest już weteran, mogę rzec. W końcu dobiłam do regału z napojami, idąc, a raczej płynąc z nurtem ludzi, grzecznie ustawiłam się w kolejce do zapłaty. No, jeszcze 70 osób przede mną, zapłacę 1, 49 zł za butelkę i mogę pić. Powiadają mędrcy, że z trudem zdobyte trofeum smakuje najlepiej. W sumie racja, po 2 godzinach spędzonych na froncie, wśród zwierzęcego skorwytu i diabelskich wyzwisk między kłócącymi się o miejsce w kolejce, zapłaciłam za butelkę i poczekałam, aż strzępek człowieka /czyt. kasjer/ wyda mi grosik. Tak, tego wieczoru mineralna smakowała niczym dobre wino z Chateau Margaux rocznik 1987. Chwała mędrcom.
Kto spojrzy na zdjęcie od razu wie o czym mówię. Co roku to samo, nieprzebrane rzesze ludu czyhające na słabość przeciwnika, by dopchać się do najmniej wybrakowanego, najtańszego towaru /istny oksymoron/. Aux armes, citoyens! Za szynki bawarskie z kością chwyć, walczyć o lepsze miejsce na drabinie feudalnej hipermarketu Carrefour..!
To się staje coraz bardziej nieznośne. Społeczeństwo polskie głupieje i biednieje, jak zwykle robi wszystko na ostatnią chwilę. A może trzeba kupować prezenty na zaś, z cyklu 'kupię przy okazji na następny rok, to za rok właśnie przyjdę tu tylko po produkty spożywcze'. I kółko się zamyka.
Jeszcze niedawno było głośno o ustawie zakazującej działalności hipermarketów w święta. Jak widać to był zły pomysł, żeby zamykać sklepy, bo być może by nie było takiej kumulacji i wszystko by się rozłożyło w czasie < satyra >
Czasami nie wiem, dokąd to społeczeństwo dąży. Od pewnego czasu obserwuję powszechne dziczenie obyczajów /a żyję niespełna 20 lat/. Niestety, ten proces postępuje w szybszym tempie i być może niedługo będziemy się wygryzali, dosłownie, o parę produktów w hipermarkecie.
A teraz z innej beczki. Co ja mogę powiedzieć. Mentalność ludzka i potęga wszechobecnej kultury masowej i komercji - to dwa czynniki, które potrafią odwrócić znaczenie wydarzenia o 180 stopni, dosłownie i w przenośni. Jeszcze święto 11. listopada tegoż roku nie zdążyło porządnie odejść do historii, a już w Galerii Łódzkiej /tudzież innych centrach handlowych/ pojawiły się pierwsze dekoracje świąteczne. Rozumiem, klimacik jest w porządku, każdy lubi choinki, bombeczki, prezenty.. w listopadzie?! Jeszcze nie zdjęłam flagi z balkonu, momencik! Pod koniec grudnia po podłogach toczyć się będą pierwsze wielkanocne jajka. Ludzie! Z odezwą do narodu polskiego przychodzę! Opamiętajcie się!
I wszystkim życzę Wesołych Świąt! Szczęść Boże.

czwartek, 11 września 2008

Idąc ulicą Narutowicza..


Koniec wakacji. Nowy rok szkolny, zarazem mój ostatni,  zaczął się dawno, a ja nie miałam czasu napisać. Logiczne. Kto by siedział w Internecie mając multum spraw do załatwienia. Cóż, tylko ja. Ale i tak nie chciało mi się nic wstawić na stronę. Któż by zresztą to czytał.
Wracając pewnego dnia ze szkoły do domu, idąc ulicą Narutowicza w wyznaczonym wcześniej kierunku, na ścianie pewnego budynku zauważyłam coś, co umknęło mi wiele lat temu. Niby nic, kolejne malowidło naścienne niczym nieograniczonych artystów ulicznych, można stwierdzić na pierwszy rzut oka. Ale jeśli spogląda się bliżej, natychmiast wyłaniają się z tej mozaiki kształty pewnego znanego obrazu.. Tak, toż to 'Wolność wiodąca lud na barykady' Delacroix'a. Przypominam sobie, że zawsze lubiłam koło niego przechodzić nawet wtedy, gdy musiałam nadłożyć nieco drogi i poświęcić trochę czasu. Nie jest to najwspanialsze odwzorowanie dzieła, ale nie można powiedzieć, że autor nietypowej reprodukcji się nie starał. Talent miał i wykorzystał go w zupełności, by odtworzyć ten wspaniały obraz na niecodziennym materiale - popękanym murze, w towarzystwie podwórkowych śmietników. Zresztą cała sceneria ulicy pasuje do tematu obrazu, wszechobecne pobojowisko doskonale komponuje się z bałaganem Rewolucji Francuskiej. Co skłoniło kogoś do namalowania tego w takim miejscu..?
Nie przeczę, obraz ten wzbudza we mnie wiele emocji. Realizm jaki oddaje czasami przejmuje, wręcz straszy. Burżuazja z orężem, chłopiec z pistoletami na stercie ofiar francuskiej wojny domowej i wreszcie główny punkt programu - alegoria Wolności z flagą Francji. Czego się nie zrobi dla zmiany ustroju państwowego i obalenia monarchii. Dlaczego lud francuski nie wziął  przykładu z sąsiadów zza Kanału i nie dokonał tej 'chwalebnej rewolucji'? Francuska do takich z pewnością nie należała. Aby żyło nam się lepiej i nic poza tym.
Przemiany francuskiego ustroju państwowego wprowadzają w całą historię absurd. Od roku 1792 poprzez te wszystkie zmiany republikanie i późniejsi podwładni Cesarstwa musieli dojść do wniosku, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Podczas kampanii rosyjskiej Napoleona w 1812 roku, w trudach i okropnościach wojny, żołnierze francuscy wszak zaczęli nucić 'Vive Henri IV' z 1590 roku.. Króla, jedności, spójności! Wandea i Bretania odzyskały honor, w 1815 roku powrócono na łono monarchii. La donna è mobile, to widocznie tyczy się też alegorycznej Wolności na obrazie Delacroix'a..
A teraz żyjemy w dobie piątej z kolei Republiki.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Wakacje! Nareszcie (?)

Po męczącym i długim roku z przedmiotami ścisłymi w drugiej klasie, wychodząc z boju z tarczą i podniesioną przyłbicą, mogę krzyknąć: hura!
Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze gdy darłam zeszyty od chemii i fizyki. Bon Voyage! Cóż, pewnie moi koledzy i koleżanki mogą to samo zrobić z historią (barbarzyńcy!) :) Doczekałam się w końcu wakacji. Ale jakich? Z grubymi, wypasłymi tomami pióra N. Daviesa i innych. Czasami trzeba się poświęcić (ale jakie tam poświęcenie dla historii - sama przyjemność). Za około dwa tygodnie wyjeżdżam nad morze, tam też nie rozstanę się z książkami. Mniejsza o to.Wakacje zapowiadają się ciekawie. Na przełomie lipca i sierpnia jadę z rodzicami na wczasy do Karpacza. Nic szczególnego.. gdyby nie było wycieczek. Po raz drugi pojadę do państwa Habsburgów, konkretniej do Wiednia, zwiedzę Pragę (odwiedzę pomnik Husa) i Drezno. Zdjęcia z pewnością będą.
Tymczasem nie mogę uwierzyć, że znalazłam się w klasie maturalnej! Czas szybko płynie.. Liceum powinno trwać 4 lata. Brakuje jednak tego roku. Teraz zdałam sobie sprawę, że egzamin gimnazjalny w porównaniu z maturą to pikuś.
Cóż, wracam do książek. Życzę Wam udanych wakacji!

wtorek, 26 lutego 2008

Niech żyją Włochy!



Powoli powracam do szarej rzeczywistości szkolnej. Bardzo powoli, gdyż ciągle jestem jeszcze w Rzymie, a przede wszytkim w Vallechiarze. Nie ma co, to były moje najlepsze ferie. Nawet jeżeli nie była to Anglia czy Szkocja. Włochy, a w ogóle całe południe potrafi być na swój sposób piękne. O tej porze roku temperatura w Rzymie wzrasta stopniowo, ale amplituda dobowa jest wprost zabójcza. W dzień dochodzi do 16, a w nocy temperatura spada do zera. To jednak nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie. Ale może opowiem wszystko od początku.
Dzień 8.02.2008 zaczął się u mnie już poprzedniego dnia.. Dziwnie to brzmi, ale tak byłam przejęta pakowaniem i dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, że nie zauważyłam nawet, kiedy minęła północ. No dobrze, nie pakowałam się tak długo. Już o 10 wieczorem skończyłam pakowanie, godzinkęzagrałam
w moją kochaną Europę Universalis aż w końcu do 3 czytałam "Polskę Jagiellonów". O 4 byłam już przed szkołą i spotkałam się z pierwszymi uczestniczkami przyszłej wyprawy. Praktycznie całą drogę na katowickie lotnisko przespałam. Nic straconego. Później odprawa i.. lot. Lecieliśmy liniami wizzair. Nic specjalnego. Tyle, że samolot był różowy. Lot trwał około 2 godzin. Po przybyciu na lotnisko w Ciampino od razu poczuliśmy inny klimat. Słonecznie, bezchmurnie, a zimowe kurtki zaczynały nas grzać. Później Vallechiara, do której jechaliśmy paroma środkami transportu, od autobusu po samochód. Było fajnie i zabawnie. Przez 3 dni około grupa ludzi (w tym ja) mieszkała w agroturystyku. Muszę przyznać, że śniadania były tam lepsze, typowo włoskie. Ciastka, sucharki, mleko i herbata. I tyle. Ale się szybko przekonałam,
iż nie mam racji. Nie ma to jak dobra i naturalna
żywność monastyczna :) Później mieszkaliśmy już na terenie Vallechiary, a do dyspozycji w czasie wolnym miałyśmy 70ha. Ale kto by to wszystko schodził.. A teraz coś o siostrach i braciach, którzy byli właścicielami "posesji". Od razu rzucili nam się w oczy. Wspaniali ludzie, którzy żyją z dnia na dzień, tryskają humorem i pogodą ducha oraz poświęcają całe dnie Bogu. Tego doświadczenia z nimi nigdy się nie zapomina. Rekolekcje też bardzo mi się podobały,
chociaż na samym początku przeraził nas ogrom modlitw.
Później dało się przyzwyczaić, a na samym końcu nawet te godziny spędzone na rozmowie z Bogiem i w kościele zaczęły nam się podobać. I szczerze powiedziawszy, brakuje mi tego. Muszę przyznać, że lepiej modli się w takich miejscach i w grupie niż samemu. Wtedy można naprawdę poświęcić się temu co się w danej chwili robi i nic innego nie rozprasza uwagi. Trzeba również wspomnieć, że wszystkie nabożeństwa były niezwykłe. Monastycy bardzo ładnie śpiewali gregoriańskie pieśni. Co było po łacinie to czasami się do chóru dołączałam, co po włosku - podziwiałam. I parę zwrotów mogłam się nauczyć. Codziennie odmawialiśmy również Różaniec.
Każdą dziesiątkę w innym języku, żeby było ciekawie.
Przez trzy dni pracowaliśmy na polu po parę godzin. Na początku jak z modlitwą - byliśmy zaskoczeni tym, co musimy wykonać. Później praca stała się zabawą, a to głównie przez siostry, które umilały nam czas swoimi żartami, niegorszymi od tych autorstwa ks. Roberta (pozdrawiam Księcia! :).

Pod koniec pobytu nadszedł czas na właściwe zwiedzanie Rzymu. Miasto jak każde inne? Nieprawda. Tą wycieczkę traktowałam jako poznawanie i poszerzanie wiadomości historycznych :) a miałam co, gdyż, jak wiadomo,
ab urbe condita 753r p.n.e. Przez pierwszy dzień zwiedzania
miałam manię odczytywania dat rzymskich z murów i dopasowywanie do nich wydarzeń. Ot, taka mała fobia. Chcecie wiedzieć co widziałam? Weźcie podstawowy przewodnik po Rzymie, nie będę tu przynudzać. Ale muszę powiedzieć przynajmniej, iż największe wrażenie wywarło na mnie Forum Romanum i Koloseum. I oczywiście bazylika św. Piotra, następnie groby papieży i nagrobek naszego ukochanego Jana Pawła II. Niezapomniane przeżycie.

Jak każda wycieczka i ta miała swoje zabawne zdarzenia. Oczywiście gimnazjalistki zgubiły się przy Fontannie di Trevi w dzielnicy bodajże Barberini i zawiadomiły policję. Ta z kolei dodzwoniła się do konsulatu. Konsulat zadzwonił do Vallechiary i postawił wszystkich na baczność. Siostry z klasztoru zadzwoniły do brata Tomka i powiedziały, co się stało. Taka mała reakcja łańcuchowa. A nie lepiej było zadzwonić prosto do jakiejś koleżanki? Eh, zabawnie było. Druga zguba była mniej śmieszna, gdyż był to nerwowy czas przed Aniołem Pańskim i praktycznie cały Rzym podążał do Ottaviano, by spotkać się z Benedyktem. Jednak wszystko dobrze się skończyło
glównie dzięki Justynie i Monice, gdyż wcześniej z Justyną
nauczyłyśmy się obsługiwać rzymskim metrem.
I już jesteśmy mądrzejsze o jedno doświadczenie..

Nie ma co mówić, trzeba pojechać do Vallechiary jeszcze raz na rekolekcje, najprawdopodobniej we wrześniu. I zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać (raj dla histeryka :)! I modlić się, bo to w takim miejscu udaje się najlepiej. Mała reklama: pod playerem jest link do albumu Picasa
i zdjęć z wycieczki
(wszystkie zrobione przez Karolinę, którą serdecznie pozdrawiam!). Oglądajcie i komentujcie. Shalom i arrivederci!! :*