sobota, 30 maj 2009

Skończyło się, skończyło..!

Siedzę sobie właśnie przed komputerem i patrzę przez okno na zieleniące się drzewa.. w tle leci Enya i utwór "The Celts". Obok klawiatury stoi gorąca czekolada czekająca aż ktoś się nią zajmie. Jest prawie początek czerwca, a pogoda w mieście iście brytyjska. Trochę deszczu, słońca, wiatru z północnego zachodu, który rozkazuje liściom tańczyć do swej muzyki.. Patrzę na to wszystko i nie mogę uwierzyć. Jeszcze niedawno całe moje życie pochłaniała szkoła. Normalnie o tej porze siedziałabym z książeczką od historii i pilnie czytałabym zamazujące się ze zmęczenia literki, wyglądałabym przez okno nie mogąc doczekać się wakacji. Tak, sobotnie wieczory zawsze poświęcałam tej wtorkowej historii. Musiałam tego jedynego dnia wziąć szkolny podręcznik i próbować zapamiętać te wszystkie daty i wydarzenia, a do tego pilnować, by szkolna nowożytność nie mieszała mi się z moim ukochanym średniowieczem. A w niedzielę zawsze chciałam, by była sobota. Jeszcze trochę więcej czasu, nie zdążę..! A jednak. Pamięć.
Lubiłam to wszystko.. Czytanie na matematyce książek pod ławką - a siedziałam w pierwszej, obijanie się na polskim /krzyżówki, sudoku, statki, cokolwiek/, unikanie bloków z języka angielskiego.. A teraz? W poniedziałki nadal budzę się o 6 rano, nadal nie mogę się przyzwyczaić do życia bez szkoły. Chociaż pod koniec, muszę przyznać, strasznie mnie szkoła denerwowała. Miałam dosyć tego stresu przed wystawianiem ocen, tych dziwnych ludzi z klasy równoległej /wrzuć monetę, kartę kredytową, etc./, przepełnionych korytarzy.. Ten ostatni punkt był dla mnie najbardziej nieznośny. Jak przyszłam do tej szkoły to atmosfera była znacznie przyjemniejsza. Mało osób, a w szczególności tych denerwujących gimnazjalistów, którzy biegali po wszystkich piętrach rzucając się na wszystkie strony, którzy tłoczyli się w barze na każdej przerwie ustawiając kolejki rodem z PRL-u. Czułam, że dłużej tego nie zniosę! Kulminacją mojej frustracji był dzień, w którym przy koleżance z klasy popłakałam się ze złości, gdy dzieciaki ogołociły szkolny bufet ze wszystkiego, co da się zjeść. Płaczę w szkole? Znaczy, że zakończenie roku blisko. Dzień rozdania świadectw nadszedł szybko, matury minęły. I skończyło się..!
Kiedyś ktoś mówił, by szukać, obserwować znaki czasu. Owszem, prawda to najszczersza i rada najlepsza. Kiedy wracałam z ostatniego egzaminu maturalnego do domu, spostrzegłam coś dziwnego, a zarazem dziwnie mnie w sercu niepokojącego. Jacyś barbarzyńcy ścinali wielkie drzewo /orzech/, które rosło przy mojej klatce schodowej odkąd tutaj mieszkam. A mieszkam tutaj dwanaście lat; orzech był tutaj znacznie dłużej. Dwanaście lat codziennie przechodziłam pod tym drzewem. Gdy byłam młodsza zawsze na nie wchodziłam i z koleżanką wymieniałam się tajnymi wiadomościami, które zostawiałyśmy sobie wzajemnie w koronie drzewa. Kiedy wychodziłam na balkon mój wzrok zawsze kierował się na wielkie drzewo. Czasami byłam zła, że nic przez wielkie liście nie widzę z góry, ale gdy sobie siedziałam wieczorami na balkonie, słuchałam szumu liści, które poruszał wiatr, przymykałam oczy i przenosiłam się gdzieś daleko stąd. Do zielonej, posępnej, ukochanej Szkocji, do jakiejś krainy fantastycznej.. wyobraźnię mam wcale bujną. A drzewo sobie szumiało, może rozmawiało z innymi drzewami, wiatr niósł wiadomości, a ja słuchałam. Również ptaki w koronie drzewa miały coś do powiedzenia - zawsze budziły mnie rano, kiedy były wiosna i lato. Teraz jest pustka, goły, bezduszny kawałek betonu.
Okazało się, że drzewo zostało ścięte, by nie przeszkadzało w położeniu nowego chodnika. Bo przeszkadzało.. Kiedy gałęzie uderzyły o chodnik pomyślałam, że osiemnaście lat nagle stało się przeszłością, a ja patrzę niepewnie w przyszłość i boję się. Nie wiem dokładnie czego, ale to dziwny lęk, który nie daje mi spokoju. Dziwne sprzeczności mną targają i robią sobie z mojej duszy pole do okrutnej zabawy. Wiara walczy z rozumem, a to, co pewni ludzie zaszczepili w moim sercu, już nigdy nie zostanie wykorzenione. Czas jest bezlitosny, boleśnie uczy doświadczenia i płynie sobie dalej, zostawiając nieszczęśnika na polu bitwy.
O czym szumią drzewa? Skończyło się, skończyło..! Trzeba dalej żyć nawet jeśli się nie ma ochoty. To przecież nasz święty obowiązek, by nie dać się Ciemności, choć Ta roztacza swe kręgi po całej Europie. Zawsze jest jakaś Nadzieja, Ona umiera ostatnia - to powiedział mi przyjaciel w pewnej "świątyni Rozumu" w Warszawie; walczę ze sobą, by tam nie wrócić. A przecież walka wewnętrzna jest najgorsza - niszczy charakter i pozostawia w ciemności, w samotności, bez pomocy. Nadzieja matką głupich..?

sobota, 13 grudzień 2008

O tempora, o mores, czyli słówko z myślą o okresie przedświątecznym i całym tym zamieszaniu, które z mentalości współczesnych ludzi wynikło napisane


Tym barokowym, jakże radosnym tytułem rozpoczynam kolejny wywód, tym razem prześmiewczo - uszczypliwo - cyniczno - złośliwy. A że zbliżają się święta, należy podzielić się z bliźnimi wszystkim co się ma /ostatnią perę butów już mi zabrali - sic!/, również dywagacjami, także tymi kazuistycznymi.

Pewnego razu wracałam sobie późno ze szkoły do domu. Późno, bo na następny dzień nie miałam historii. Wtajemniczeni domyślają się kiedy, zaprzysiężeni - skąd. Tak się przypadkiem zdarzyło, że natura mojego ogranizmu dała o sobie znać - na bezdrożach 'procentowej' Sahary ukazała mi się woda mineralna; toż to tylko naturalna kolej rzeczy, nic wielkiego! Kieszenie opróżnione, plecak świeci pustkami.. wyszperałam w końcu półtora złocisza z kurtki. Do Francuza /czyt. 'żabki'/ za drogo, do sklepiku sąsiada za daleko. Pozostał mi tylko hipermarket. Blisko, tanio, szybko, bo dużo kas. Poza tym o tej porze powinno być mało ludzi. Ale nie było.

Kiedy weszłam do sklepu, właściwie na Aula Magna, moim oczom ukazały się dantejskie sceny. Dosłownie. Taką ilość ludzi przy kasach widziałam do tej pory tylko przy kasach biletowych przed koncertem Depeche Mode w 2006 r. Wszystkie koszyki zabrane, wózki także /poszedł nawet ten bez jednego kółka/, a cały Lud Obkupiony podąża zgodnie, jak na ogłoszenie Uniwersału Połanieckiego, w jedną stronę. Do kos, bracia kosynierzy! Oj, przepraszam.. do kas! A więc przedzieram się przez dżunglę zakupów, stoisk i porozrzucanych, rozszarpanych przez dziki tłum plakatów z napisem 'sale' do celu, powoli, cierpliwie, znosząc razy zadane przez wroga choinkami wystającymi z wózków, jeszcze wkładając rękę /trzeba się czegoś chwycić/ do koszyka z potłuczonymi bombkami.. Istna bitwa pod Lützen. Panie Wallenstein, jam jest już weteran, mogę rzec. W końcu dobiłam do regału z napojami, idąc, a raczej płynąc z nurtem ludzi, grzecznie ustawiłam się w kolejce do zapłaty. No, jeszcze 70 osób przede mną, zapłacę 1, 49 zł za butelkę i mogę pić. Powiadają mędrcy, że z trudem zdobyte trofeum smakuje najlepiej. W sumie racja, po 2 godzinach spędzonych na froncie, wśród zwierzęcego skorwytu i diabelskich wyzwisk między kłócącymi się o miejsce w kolejce, zapłaciłam za butelkę i poczekałam, aż strzępek człowieka /czyt. kasjer/ wyda mi grosik. Tak, tego wieczoru mineralna smakowała niczym dobre wino z Chateau Margaux rocznik 1987. Chwała mędrcom.

Kto spojrzy na zdjęcie od razu wie o czym mówię. Co roku to samo, nieprzebrane rzesze ludu czyhające na słabość przeciwnika, by dopchać się do najmniej wybrakowanego, najtańszego towaru /istny oksymoron/. Aux armes, citoyens! Za szynki bawarskie z kością chwyć, walczyć o lepsze miejsce na drabinie feudalnej hipermarketu Carrefour..!

To się staje coraz bardziej nieznośne. Społeczeństwo polskie głupieje i biednieje, jak zwykle robi wszystko na ostatnią chwilę. A może trzeba kupować prezenty na zaś, z cyklu 'kupię przy okazji na następny rok, to za rok właśnie przyjdę tu tylko po produkty spożywcze'. I kółko się zamyka.

Jeszcze niedawno było głośno o ustawie zakazującej działalności hipermarketów w święta. Jak widać to był zły pomysł, żeby zamykać sklepy, bo być może by nie było takiej kumulacji i wszystko by się rozłożyło w czasie < satyra >

Czasami nie wiem, dokąd to społeczeństwo dąży. Od pewnego czasu obserwuję powszechne dziczenie obyczajów /a żyję niespełna 20 lat/. Niestety, ten proces postępuje w szybszym tempie i być może niedługo będziemy się wygryzali, dosłownie, o parę produktów w hipermarkecie.

A teraz z innej beczki. Co ja mogę powiedzieć. Mentalność ludzka i potęga wszechobecnej kultury masowej i komercji - to dwa czynniki, które potrafią odwrócić znaczenie wydarzenia o 180 stopni, dosłownie i w przenośni. Jeszcze święto 11. listopada tegoż roku nie zdążyło porządnie odejść do historii, a już w Galerii Łódzkiej /tudzież innych centrach handlowych/ pojawiły się pierwsze dekoracje świąteczne. Rozumiem, klimacik jest w porządku, każdy lubi choinki, bombeczki, prezenty.. w listopadzie?! Jeszcze nie zdjęłam flagi z balkonu, momencik! Pod koniec grudnia po podłogach toczyć się będą pierwsze wielkanocne jajka. Ludzie! Z odezwą do narodu polskiego przychodzę! Opamiętajcie się!

I wszystkim życzę Wesołych Świąt! Szczęść Boże.


czwartek, 11 wrzesień 2008

Idąc ulicą Narutowicza..

Koniec wakacji. Nowy rok szkolny, zarazem mój ostatni,  zaczął się dawno, a ja nie miałam czasu napisać. Logiczne. Kto by siedział w Internecie mając multum spraw do załatwienia. Cóż, tylko ja. Ale i tak nie chciało mi się nic wstawić na stronę. Któż by zresztą to czytał. 

Wracając pewnego dnia ze szkoły do domu, idąc ulicą Narutowicza w wyznaczonym wcześniej kierunku, na ścianie pewnego budynku zauważyłam coś, co umknęło mi wiele lat temu. Niby nic, kolejne malowidło naścienne niczym nieograniczonych artystów ulicznych, można stwierdzić na pierwszy rzut oka. Ale jeśli spogląda się bliżej, natychmiast wyłaniają się z tej mozaiki kształty pewnego znanego obrazu.. Tak, toż to 'Wolność wiodąca lud na barykady' Delacroix'a. Przypominam sobie, że zawsze lubiłam koło niego przechodzić nawet wtedy, gdy musiałam nadłożyć nieco drogi i poświęcić trochę czasu. Nie jest to najwspanialsze odwzorowanie dzieła, ale nie można powiedzieć, że autor nietypowej reprodukcji się nie starał. Talent miał i wykorzystał go w zupełności, by odtworzyć ten wspaniały obraz na niecodziennym materiale - popękanym murze, w towarzystwie podwórkowych śmietników. Zresztą cała sceneria ulicy pasuje do tematu obrazu, wszechobecne pobojowisko doskonale komponuje się z bałaganem Rewolucji Francuskiej. Co skłoniło kogoś do namalowania tego w takim miejscu..?

Nie przeczę, obraz ten wzbudza we mnie wiele emocji. Realizm jaki oddaje czasami przejmuje, wręcz straszy. Burżuazja z orężem, chłopiec z pistoletami na stercie ofiar francuskiej wojny domowej i wreszcie główny punkt programu - alegoria Wolności z flagą Francji. Czego się nie zrobi dla zmiany ustroju państwowego i obalenia monarchii. Dlaczego lud francuski nie wziął  przykładu z sąsiadów zza Kanału i nie dokonał tej 'chwalebnej rewolucji'? Francuska do takich z pewnością nie należała. Aby żyło nam się lepiej i nic poza tym.

Przemiany francuskiego ustroju państwowego wprowadzają w całą historię absurd. Od roku 1792 poprzez te wszystkie zmiany republikanie i późniejsi podwładni Cesarstwa musieli dojść do wniosku, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Podczas kampanii rosyjskiej Napoleona w 1812 roku, w trudach i okropnościach wojny, żołnierze francuscy wszak zaczęli nucić 'Vive Henri IV' z 1590 roku.. Króla, jedności, spójności! Wandea i Bretania odzyskały honor, w 1815 roku powrócono na łono monarchii. La donna è mobile, to widocznie tyczy się też alegorycznej Wolności na obrazie Delacroix'a..

A teraz żyjemy w dobie piątej z kolei Republiki. 

poniedziałek, 23 czerwiec 2008

Wakacje! Nareszcie (?)

Po męczącym i długim roku z przedmiotami ścisłymi w drugiej klasie, wychodząc z boju z tarczą i podniesioną przyłbicą, mogę krzyknąć: hura! Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze gdy darłam zeszyty od chemii i fizyki. Bon Voyage! Cóż, pewnie moi koledzy i koleżanki mogą to samo zrobić z historią (barbarzyńcy!) :) Doczekałam się w końcu wakacji. Ale jakich? Z grubymi, wypasłymi tomami pióra N. Daviesa i innych. Czasami trzeba się poświęcić (ale jakie tam poświęcenie dla historii - sama przyjemność). Za około dwa tygodnie wyjeżdżam nad morze, tam też nie rozstanę się z książkami. Mniejsza o to.
Wakacje zapowiadają się ciekawie. Na przełomie lipca i sierpnia jadę z rodzicami na wczasy do Karpacza. Nic szczególnego.. gdyby nie było wycieczek. Po raz drugi pojadę do państwa Habsburgów, konkretniej do Wiednia, zwiedzę Pragę (odwiedzę pomnik Husa) i Drezno. Zdjęcia z pewnością będą.
Tymczasem nie mogę uwierzyć, że znalazłam się w klasie maturalnej! Czas szybko płynie.. Liceum powinno trwać 4 lata. Brakuje jednak tego roku. Teraz zdałam sobie sprawę, że egzamin gimnazjalny w porównaniu z maturą to pikuś.
Cóż, wracam do książek. Życzę Wam udanych wakacji!

wtorek, 26 luty 2008

Niech żyją Włochy!



Powoli powracam do szarej rzeczywistości szkolnej. Bardzo powoli, gdyż ciągle jestem jeszcze w Rzymie, a przede wszytkim w Vallechiarze. Nie ma co, to były moje najlepsze ferie. Nawet jeżeli nie była to Anglia czy Szkocja. Włochy, a w ogóle całe południe potrafi być na swój sposób piękne. O tej porze roku temperatura w Rzymie wzrasta stopniowo, ale amplituda dobowa jest wprost zabójcza. W dzień dochodzi do 16, a w nocy temperatura spada do zera. To jednak nie przeszkodziło mi w dobrej zabawie. Ale może opowiem wszystko od początku.

Dzień 8.02.2008 zaczął się u mnie już poprzedniego dnia.. Dziwnie to brzmi, ale tak byłam przejęta pakowaniem i dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, że nie zauważyłam nawet, kiedy minęła północ. No dobrze, nie pakowałam się tak długo. Już o 10 wieczorem skończyłam pakowanie, godzinkę 
zagrałam
w moją kochaną Europę Universalis aż w końcu do 3 czytałam "Polskę Jagiellonów". O 4 byłam już przed szkołą i spotkałam się z pierwszymi uczestniczkami przyszłej wyprawy. Praktycznie całą drogę na katowickie lotnisko przespałam. Nic straconego. Później odprawa i.. lot. Lecieliśmy liniami wizzair. Nic specjalnego. Tyle, że samolot był różowy. Lot trwał około 2 godzin. Po przybyciu na lotnisko w Ciampino od razu poczuliśmy inny klimat. Słonecznie, bezchmurnie, a zimowe kurtki zaczynały nas grzać. Później Vallechiara, do której jechaliśmy paroma środkami transportu, od autobusu po samochód. Było fajnie i zabawnie. Przez 3 dni około grupa ludzi (w tym ja) mieszkała w agroturystyku. Muszę przyznać, że śniadania były tam lepsze, typowo włoskie. Ciastka, sucharki, mleko i herbata. I tyle. Ale się szybko przekonałam, 
iż nie mam racji. Nie ma to jak dobra i naturalna 
żywność monastyczna :) Później mieszkaliśmy już na terenie Vallechiary, a do dyspozycji w czasie wolnym miałyśmy 70ha. Ale kto by to wszystko schodził.. A teraz coś o siostrach i braciach, którzy byli właścicielami "posesji". Od razu rzucili nam się w oczy. Wspaniali ludzie, którzy żyją z dnia na dzień, tryskają humorem i pogodą ducha oraz poświęcają całe dnie Bogu. Tego doświadczenia z nimi nigdy się nie zapomina. Rekolekcje też bardzo mi się podobały, 
chociaż na samym początku przeraził nas ogrom modlitw.
Później dało się przyzwyczaić, a na samym końcu nawet te godziny spędzone na rozmowie z Bogiem i w kościele zaczęły nam się podobać. I szczerze powiedziawszy, brakuje mi tego. Muszę przyznać, że lepiej modli się w takich miejscach i w grupie niż samemu. Wtedy można naprawdę poświęcić się temu co się w danej chwili robi i nic innego nie rozprasza uwagi. Trzeba również wspomnieć, że wszystkie nabożeństwa były niezwykłe. Monastycy bardzo ładnie śpiewali gregoriańskie pieśni. Co było po łacinie to czasami się do chóru dołączałam, co po włosku - podziwiałam. I parę zwrotów mogłam się nauczyć. Codziennie odmawialiśmy również Różaniec. 
Każdą dziesiątkę w innym języku, żeby było ciekawie. 
Przez trzy dni pracowaliśmy na polu po parę godzin. Na początku jak z modlitwą - byliśmy zaskoczeni tym, co musimy wykonać. Później praca stała się zabawą, a to głównie przez siostry, które umilały nam czas swoimi żartami, niegorszymi od tych autorstwa ks. Roberta (pozdrawiam Księcia! :).

Pod koniec pobytu nadszedł czas na właściwe zwiedzanie Rzymu. Miasto jak każde inne? Nieprawda. Tą wycieczkę traktowałam jako poznawanie i poszerzanie wiadomości historycznych :) a miałam co, gdyż, jak wiadomo, 
ab urbe condita 753r p.n.e. Przez pierwszy dzień zwiedzania 
miałam manię odczytywania dat rzymskich z murów i dopasowywanie do nich wydarzeń. Ot, taka mała fobia. Chcecie wiedzieć co widziałam? Weźcie podstawowy przewodnik po Rzymie, nie będę tu przynudzać. Ale muszę powiedzieć przynajmniej, iż największe wrażenie wywarło na mnie Forum Romanum i Koloseum. I oczywiście bazylika św. Piotra, następnie groby papieży i nagrobek naszego ukochanego Jana Pawła II. Niezapomniane przeżycie.

Jak każda wycieczka i ta miała swoje zabawne zdarzenia. Oczywiście gimnazjalistki zgubiły się przy Fontannie di Trevi w dzielnicy bodajże Barberini i zawiadomiły policję. Ta z kolei dodzwoniła się do konsulatu. Konsulat zadzwonił do Vallechiary i postawił wszystkich na baczność. Siostry z klasztoru zadzwoniły do brata Tomka i powiedziały, co się stało. Taka mała reakcja łańcuchowa. A nie lepiej było zadzwonić prosto do jakiejś koleżanki? Eh, zabawnie było. Druga zguba była mniej śmieszna, gdyż był to nerwowy czas przed Aniołem Pańskim i praktycznie cały Rzym podążał do Ottaviano, by spotkać się z Benedyktem. Jednak wszystko dobrze się skończyło 
glównie dzięki Justynie i Monice, gdyż wcześniej z Justyną 
nauczyłyśmy się obsługiwać rzymskim metrem.
I już jesteśmy mądrzejsze o jedno doświadczenie..

Nie ma co mówić, trzeba pojechać do Vallechiary jeszcze raz na rekolekcje, najprawdopodobniej we wrześniu. I zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać (raj dla histeryka :)! I modlić się, bo to w takim miejscu udaje się najlepiej. Mała reklama: pod playerem jest link do albumu Picasa 
i zdjęć z wycieczki
(wszystkie zrobione przez Karolinę, którą serdecznie pozdrawiam!). Oglądajcie i komentujcie. Shalom i arrivederci!! :*